Powinnam wprowadzić tytuł, ale mi się nie chce.

Powinnam wprowadzić tytuł, ale mi się nie chce.

Nie chce mi się nic.

Nie chce mi się rano wstawać, ani wychodzić z domu. Odprowadzam dziecko do przedszkola może trzy razy w tygodniu i bezczelnie kłamię, że ma katar. No może i ma, ale nie tak często. Mam już dość ciągłego przeziębienia u młodszego, mam dość wstawania kiedy jest ciemno, dość ubierania w kombinezony. Szlag mnie trafia, kiedy wychodzę z domu i jest tak zimno, że sama o takim kombinezonie marzę.

Mam dość siedzenia w domu z dziećmi. Chcę na dwór, ale nie na godzinę, chcę iść na plażę, w trampkach do parku, rzygać już mi się chce zimową kurtką.

Nie chce mi się robić śniadań, nie mam chęci na gotowanie obiadów, najchętniej codziennie grzałabym pierogi. Z truskawkami. Na przemian z ruskimi.

Nawet pisać mi się nie chce. Nie wychodzę z domu, nic nie robię, o czym mam pisać? O tym, że nie robię nic?

Dzieciom w domu już odwala.

Mi w domu w sumie też odwala.

W dodatku tym razem jesteśmy chorzy na serio. Oczywiście bez ojca. Ojciec tak często bywa w domu, że jego choroby omijają. Denerwuje mnie to. Strasznie mnie to nawet denerwuje.

Dziś moje samopoczucie to wyżyny wkurwienia. Bolą mnie oczy, mięśnie, głowa, katar jest mendą i nie daje się wysmarkać. Jest mi zimno. Mam na sobie jako dodatek szlafrok i koc, taki gruby i generalnie też wkurwiający, bo strasznie strzela. Wieczorem iskry idą, nie mniej jak na moim kocie, do tego stopnia, że ciekawi mnie co się zacznie jarać pierwsze – koc czy kot.

Na psa swojego to już patrzeć nie mogę. Za to ona patrzy ciągle. Spod stołu. Ale powiedziałam sobie, że dość, że w dupie mam wszystko, pies będzie się odchudzał. Jest tak gruba, że jak chciałam złapać za skórę to nie udało mi się. Gapi się tymi swoimi oczkami, te świńskie ślepia, czyha na ciastko, na parówkę, a od dwóch tygodni zeżarła małą miskę chrupek za pierdylion kolumbijskich pesos.

Także tego.

Wiosno, bądź!

Leki, kurde. Pomagajcie.

Zostaw odpowiedź